To jest swoboda języka płynąca z nakazu stylu,
Mogę lenić się na bicie, skurwysynu.
I bez żadnych spinek pokazać co potrafię,
A w tym obijaniu się jestem najlepszy bracie.
Na to czasu nie tracę, to czysty polot,
Wiem, że ruszasz przy tym głową, jakoś tak poza kontrolą.
Ciało obejmuje rytm przez te słowa wystukany,
Podświadomość klaszcze, serce podkręca membrany.
A my dalej pizgamy, póki śmierć nas nie rozłączy,
Chyba tylko w parze z dźwiękiem mógłbym nosić te obrączki.
Jedyna, prawdziwa miłość, której jestem całkiem pewny,
Bo wiem, że ten styl płynie głęboko we krwi.
Wszystkie te teksty, moja indywidualność,
Nie dowiesz się o mnie więcej nawet patrząc prosto w twarz mą.
To mój paszport, nim granice przekraczam,
Żyły wypełnione tempem, czyli tym co tworzy gracza.
Ta kultura mnie otacza, siedzi we mnie, to jest piękne,
Bo nawet swoim tętnem podążam za werblem.
Chętnie wiercę powierzchnię tym bębnem
I mogę być biedny a i tak wiem gdzie jest szczęście.
I zawsze je dosięgnę i rozrzucę je wokół
Nie chcę go tylko dla siebie, bo samemu tak to po chuj.
Kiedy dla mnie solą w oku jest niemożność bycia z ludźmi,
To zarazem paradoks, bo do życia jestem trudny.
Chuj z tym wiem, że coś nie tak jest ze mną,
Jak zasypiam się przeciągam, jak wstaję jest już ciemno.
Do tego ta niezależność, więc nie rób mi za władcę.
Nie możesz kazać mi gdzieś iść, to nie takie łatwe,
Możesz wskazać kierunek, w który mogę popatrzeć.
I ja sam zadecyduję czy tam iść, czy go zlać ej.
W chilloucie tak jest-- bez wyjątku,
Jankes zawsze bałem się prądu.
Po chuj mi banda obrońców, gdy grupa ma atakować.
To jakby dać żołnierzom zamiast broni tylko rozkaz
I patrzeć na ich odstrzał. Kontrast na tej formie,
Bo Jacek od urodzenia wiedział co jest dobre.
To PWT żołnierz, bez broni i rozkazów,
Może ci się nie podobać jednak mi tu ziom nie marudź.
Za to słuchawki nałóż, odpłyń ze mną w świat ten,
Gdzie hip hop jest prezydentem a rap jest podatkiem.
Za matkę robi membrana, ojcem tłusta pętla,
I tak naprawdę się rozchodzi o instrumental...